Zarabiałam na życie, odbierając porody, ale pewnego wieczoru stałam się powierniczką tajemnicy rodziny fabrycznej i testament wyciągnął ją na światło dzienne

Zarabiałam na życie, odbierając porody, ale pewnego wieczoru stałam się powierniczką tajemnicy rodziny fabrycznej i testament wyciągnął ją na światło dzienne

Mama nauczyła mnie również różnych pozycji ułatwiających poród. Czasami kazałam kobiecie kucać lub klęczeć na czworakach, w zależności od ułożenia dziecka.

Zawsze pod sufitem zwisała jakaś lina lub kawałek materiału, którego kobieta mogła się przytrzymać, gdy nadchodził czas parcia.

To był naturalny sposób — tak robiły nasze babcie.

A każda rodzina miała swoje zwyczaje, rozumiesz. Niektórzy chcieli zakopać łożysko w ogrodzie, mówiąc, że przyniesie to szczęście dziecku.

Inni zachowali wysuszoną pępowinę, twierdząc, że chroni ona dziecko.

Szanowaliśmy to wszystko. Przecież nie tylko ciało potrzebowało opieki, ale i dusza.

Matka zawsze powtarzała, że ​​każdy poród jest lekcją i rzeczywiście tak było.

Nauczyliśmy się rozpoznawać sygnały ostrzegawcze, wyczuwać, kiedy dziecko nie jest w odpowiedniej pozycji i wiedzieć, kiedy należy wysłać matkę do szpitala miejskiego.

Ale nauczyliśmy się też ufać naturalnym lekarstwom i potędze wiary.

Nie było łatwo. Były dni, kiedy płakałam ze zmęczenia i strachu.

Ale wtedy mama brała mnie za rękę i mówiła: „Moja córko, mamy dar. Bóg wybrał nas, abyśmy dali życie światu. Nie możemy się wahać”.

I wiesz co? Miała rację.

Za każdym razem, gdy widziałam matkę obejmującą swoje dziecko po raz pierwszy lub słyszałam płacz dziecka, któremu pomogliśmy przyjść na świat, wiedziałam, że jestem na dobrej drodze.

To było trudne. To było ryzykowne. Ale to było to, co Bóg dla mnie przygotował.

Byliśmy tam nie tylko po to, by sprowadzić dziecko na świat, ale także po to, by zaopiekować się matką, rodziną, szanować tradycje i przekazać wiedzę, którą pozostawili nam nasi przodkowie.

Mama opowiadała mi historie o dawnych narodzinach, które przyprawiały mnie o gęsią skórkę. Opowiem ci o kilku, które utkwiły mi w pamięci.

Była kiedyś kobieta, która podczas skurczów tak mocno ścisnęła dłoń męża, że ​​połamała mu wszystkie palce. Biedaczek.

I to nie wszystko. Była też kobieta, która ugryzła męża w ramię z taką siłą, że pozostały na nim blizny po śladach zębów.

Matka mówiła, że ​​to działanie natury – siła życia, która chce przyjść na świat.

Zaśmiałem się, ale w głębi duszy byłem pod wrażeniem.

Jeśli jesteś matką i urodziłaś naturalnie, dobrze wiesz, o czym mówię. To ból, którego nie da się opisać. Wiedzą to tylko ci, którzy go doświadczyli.

Ale mama zawsze mówiła, że ​​po urodzeniu dziecka kobieta ma wrażenie, jakby o wszystkim zapominała. To jedna z tajemnic życia.

Pamiętam jeden szczególnie imponujący przypadek.

Pewna kobieta była tak silna, że ​​w szczytowym momencie skurczu chwyciła za wezgłowie łóżka i oderwała cały kawałek drewna.

Stała tam, trzymając ten przedmiot, jakby był trofeum wojennym.

Jej mąż zbladł jak ściana, myśląc o tym, co ta siła może mu zrobić.

Mama zawsze mówiła, że ​​za naszych czasów mieliśmy już wspaniałe oświetlenie elektryczne, bieżącą wodę — rzeczy, o których mojej prababci nikt nawet nie śnił.

Pewnego razu, w środku ciemnej jak smoła nocy, moją prababcię wezwano do porodu.

Musiała pomóc kobiecie rodzić w stodole, ponieważ nie było czasu, żeby wrócić do domu.

Wyobraźcie sobie – pośród słomy i zwierząt, starała się jak najlepiej widzieć, utrzymując w rękach lampę naftową.

Ale kobieta odczuwała tak silny ból, że gdy skurcz stał się silniejszy, kopnęła małą lampkę.

Lampa się przewróciła, nafta się rozlała i w mgnieniu oka siano stanęło w płomieniach.

To była czysta desperacja.

Moja prababcia nie wiedziała, czy zająć się kobietą, czy ugasić pożar. W końcu zrobiła obie te rzeczy naraz – krzycząc do męża kobiety, żeby przyniósł wodę, podczas gdy ona kontynuowała poród.

Na szczęście, dziecko urodziło się zdrowe i pożar udało się ugasić, ale strach był wielki.

Zdarzało się też, że z powodu deszczu musiała przeprawiać się przez wylewające rzeki, aby dotrzeć do bardziej oddalonych gospodarstw.

Pewnego razu łódź omal się nie wywróciła w połowie podróży. Z całej siły chwyciła torbę położnej i modliła się do Pana.

I nie tylko porody sprawiały jej kłopoty. Czasami wzywano ją również do opieki nad chorymi.

Podczas epidemii żółtej febry spędzała dni i noce opiekując się całą rodziną – prawie nie śpiąc, jedząc to, co miała pod ręką.

Innym wydarzeniem, które odcisnęło na mnie piętno, były narodziny bliźniąt, do których doszło podczas silnej burzy.

Prąd wysiadł akurat w krytycznej chwili. Musieliśmy pracować przy świetle świec i latarek.

Kiedy urodziło się drugie dziecko, piorun uderzył tak blisko, że rozświetlił cały pokój. Wydawało się to znakiem boskim.

Historię, której nigdy nie zapomnę, spotkałam z babcią i prababcią.

Opowiedzieli mi o kobiecie, która urodziła w środku powodzi.

To był czas ulewnych deszczów. Rzeka wylała i woda sięgała już do domów. Wszyscy uciekali w pośpiechu.

Prababcia i Babcia płynęły łodzią, pomagając ratować ludzi. Babcia, która w tamtym czasie była jeszcze młodą dziewczyną uczącą się rzemiosła, była z nimi.

Tego ranka, wracając do domu z pierwszą wypłatą w kieszeni i brudnymi ubraniami, zrozumiałem, że wybrałem nie tylko zawód na całe życie, ale także sposób, w jaki mogę służyć społeczności — chciałem być obecny w najważniejszych momentach życia ludzi.

I złożyłam sobie również obietnicę, że z czasem będę wychodzić z porodów w ubraniach tak czystych, jak to zawsze robiła moja matka.

Po powrocie do domu, po relaksującej i zasłużonej kąpieli, mama i ja poszliśmy prosto do kuchni. Rozpaliliśmy piec opalany drewnem i zaczęliśmy przygotowywać specjalny posiłek.

Apetyczny zapach wypełnił dom, gdy czekaliśmy na powrót reszty rodziny z pracy.

Matka sprawiała wrażenie osoby, która coś ukrywa, i z trudem ukrywałem swoje podekscytowanie.

Pierwsza przybyła moja siostra Mary. Weszła z tym delikatnym zapachem zapałek, który zawsze przynosiła z fabryki, w której pracowała. Wyglądała na zmęczoną, ale szybko zainteresowała się tym, co się dzieje w kuchni.

Potem przyszli moi dwaj młodsi bracia, David i Charlie, spoceni i zmęczeni po żniwach. Obaj poszli prosto do kuchni, zwabieni aromatem.

Ostatni wszedł mój ojciec, z tym swoim cichym sposobem bycia. Zdjął kapelusz, powiesił go na drzwiach i powoli podszedł do kuchni, wciągając powietrze z lekkim uśmiechem w kąciku ust.

Matka poprosiła wszystkich, aby zebrali się wokół stołu.

Zanim cokolwiek powiedziała, „Najpierw podziękujmy”. „Betty, moja córko, ty zmów dziś modlitwę”.

Zaskoczony, złożyłem ręce i zacząłem.

„Panie, dziękujemy Ci za dzisiejszy posiłek i za wszelkie dobro, które nam dajesz. Pobłogosław naszą rodzinę”.

Zatrzymałem się i spojrzałem na mamę. Skinęła głową, dodając mi otuchy.

Więc kontynuowałam: „I dziękuję Ci za to, że dałeś mi siłę, żebym dziś mogła sama urodzić moje pierwsze dziecko”.

Wtedy kuchnia eksplodowała ze zdziwienia i radości.

Mary o mało nie przewróciła krzesła. Podskoczyła tak szybko, żeby mnie przytulić.

Chłopcy zaczęli klaskać i krzyczeć: „Hura!”. Nawet ojciec miał uśmiech od ucha do ucha.

„Jestem z ciebie dumny, córko” – powiedział i mocno mnie przytulił.

Twarz mi płonęła ze wstydu, ale w środku serce pękało mi z radości.

Wszyscy chcieli wiedzieć, jak było. Zadawali tysiące pytań naraz.

Mama podała jedzenie: chleb kukurydziany, puree ziemniaczane, smażonego kurczaka, którego odkładała na specjalne okazje, a nawet ciasto dyniowe, które było moim ulubionym.

Ucztowaliśmy, rozmawialiśmy i śmialiśmy się.

Opowiedziałam im o porodzie – że był trudny, ale jednocześnie cudowny.

Ta noc pozostaje w mojej pamięci jako jedna z najwspanialszych w moim życiu. To był dzień, w którym naprawdę stałam się położną, nie tylko dzięki swoim czynom, ale dzięki uznaniu mojej rodziny.

Post navigation

Leave a Comment

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

back to top