Pierwsze prawdziwe załamanie nastąpiło nagle. Był zirytowany, zadałem proste pytanie, a on krzyknął. Potem rzucił pilotem o ścianę. Roztrzaskał się. Stałem i patrzyłem, jakby to się nie działo. Później przeprosił, mówiąc, że jest zmęczony i pracuje. Uwierzyłem mu. Naprawdę chciałem mu uwierzyć.
Ale potem zaczęłam się go bać. Nie jego ciosów – nie było żadnych. Bałam się jego nastroju. Chodziłam ciszej, mniej mówiłam, starałam się czuć swobodnie. Im bardziej się starałam, tym bardziej się wściekał. Im ciszej się robiłam, tym głośniej krzyczał.
Powiedziałem mu po prostu, że musimy wezwać elektryka. Obwinił mnie, zaczął sam to naprawiać, wkurzył się, rzucił śrubokrętem, nakrzyczał na mnie, na gniazdko, na cały świat.
I wtedy zdałem sobie sprawę: będzie tylko gorzej. On się nie zmieni. A ja już prawie zniknąłem.
Wyszłam cicho. Podczas jego nieobecności zebrałam dokumenty, ubrania, najpotrzebniejsze rzeczy. Wszystko inne zostawiłam. Położyłam klucze na stole, napisałam krótką notatkę i zamknęłam drzwi.
Zadzwoniłam do córki. Powiedziała tylko jedno: „Mamo, chodź”. Nie zadawała żadnych pytań.
Leave a Comment