„Wybacz mi, mamo” – wyszeptałam. „Jeszcze tylko miesiąc”.
Następnego ranka wszedłem do jubilera w centrum – takiego, który pachnie polerowanym drewnem i zimną klimatyzacją. Na szyldzie widniał napis „Whitaker & Sons Jewelers” , wciśnięty między bank a kancelarię prawną. Pasujące, pomyślałem. Idealne miejsce, żeby z uprzejmym uśmiechem zgubić coś cennego.
Za ladą stał szczupły mężczyzna w skrojonej na miarę szarej kamizelce, z lupą jubilerską zawieszoną na szyi.
„W czym mogę pomóc?” zapytał uprzejmie.
„Chciałabym to sprzedać” – powiedziałam, kładąc naszyjnik na szkle tak ostrożnie, jakby miał się rozbić.
Spojrzał na to.
Jedna sekunda. Dwie.
Potem zamarł.
Krew odpłynęła mu z twarzy. Obrócił wisiorek, obejrzał zapięcie, lekko podrapał pod zawiasem, jakby szukał czegoś niewidzialnego. Kiedy znów na mnie spojrzał, jego wyraz twarzy całkowicie się zmienił.
„Skąd to masz?” zapytał cicho.
„To należało do mojej matki” – odpowiedziałem. „Potrzebuję tylko pieniędzy na czynsz”.
„Jak ona miała na imię?”
„Margaret Ellis”. Mój głos się załamał. „Dlaczego?”
Złapał się lady, żeby utrzymać równowagę.
„Pani… proszę usiąść.”
„Czy to podróbka?” zapytałem, przygotowując się.
„Nie” – wyszeptał. „To jest bardzo realne”.
Drżącymi palcami wybrał numer.
„Proszę pana… mam to. Naszyjnik. I… ona jest tutaj.”
Cofnąłem się. „Do kogo dzwonisz?”
Leave a Comment